|
Tytuł: "Śmierć Marszałka"
Autor: Bogusław Wołoszański
Rozdział: Prywatna Armia Popskiego
Słońce skryło się za horyzontem i chłód zaczął ogarniać pustynię. Nagrzany piach szybko oddawał ciepło. Vladimir Peniakoff zapiął kurtkę i zdusił papierosa o koło samochodu.
- Przygotujcie się - powiedział do żołnierzy, którzy zaczęli ściągać z ciężarówki siatki maskujące.
Tydzień wcześniej Peniakoff zebrał 11 ochotników i ruszyli z Kabritu w Egipcie w stronę Tobruku. Jego komandosi należeli do najdziwniejszej jednostki na świecie, jednostki, której oficjalna nazwa brzmiała: Prywatna Armia Popskiego. Peniakoff - Belg rosyjskiego pochodzenia, mieszkający od połowy lat 30. w Egipcie, gdzie prowadził plantację trzciny cukrowej - na początku 1942 r. ochotniczo wstąpił do armii brytyjskiej i uzyskał zgodę na sformowanie niewielkiego oddziału, złożonego z 23 Arabów i brytyjskiego sierżanta. Nadano mu nazwę No l Long Range Demolition Squadron (Numer l Eskadra Niszczycielska Dalekiego Zasięgu) i już po pierwszych rajdach dał się poznać jako utalentowany dowódca, prowadzący akcje z fantazją, ogromną znajomością terenu i brawurą.
Ponieważ nazwisko “Peniakoff” było za trudne dla brytyjskich radiotelegrafistów, upraszczali je mówiąc “Popski”. Wkrótce pułkownik Hackett z Naczelnego Dowództwa brytyjskich wojsk na Bliskim Wschodzie dla żartu nazwał oddział Peniakoffa “Popski’s Private Army”, co szybko przyjęło się wśród żołnierzy, a nawet zostało zaakceptowane przez władze.
W czasie jednej z akcji, na południe od Mareth, 4 jeepy oddziału zostały zniszczone przez niemieckie samoloty, a żołnierze cudem uniknęli śmierci. Pozostawieni sami sobie, z niewielkim zapasem wody i żywności, przeszli blisko 200 kilometrów, zanim napotkali oddział wojsk brytyjskich.
W lipcu 1942 r. 11 żołnierzy z Prywatnej Armii Popskiego wyruszyło w stronę niemieckiego lotniska w pobliżu Tobruku. Wywiad donosił, że każdej niedzieli wieczorem dociera tu konwój ciężarówek, prawdopodobnie z paliwem i amunicją dla samolotów. Peniakoff uznał, że niewielki oddział może przedostać się do bazy i dokonać wielu zniszczeń. Tym razem zrezygnował z podstawowego środka komunikacji, jakim był dla jego chłopców jeep. Miał inny pomysł.
Załadowali na ciężarówkę kanistry z wodą oraz paliwem, amunicję do pistoletów maszynowych, karabin maszynowy, miny magnetyczne i wyruszyli. Pokonanie drogi liczącej 700 kilometrów na skrzyni pojazdu o resorach twardych jak skała było męczące nawet na asfaltowej szosie i przy dobrej pogodzie. Podróż przez pustynię stała się koszmarem. W temperaturze przekraczającej 50°C podążali kamienistymi szlakami i bezdrożami. Nie spotkali żołnierzy niemieckich ani włoskich, ale kilkakrotnie nadlatywały samoloty. Komandosi Peniakoffa mieli jednak szczęście. Zawsze w porę dostrzegali zbliżające się myśliwce i zdążyli naciągnąć na samochód siatki maskujące, dzięki którym ciężarówka wyglądała z góry jak sterta kamieni. Piątego dnia podróży udało im się trafić na starą drogę karawan i dzięki temu na czas dotarli do Tobruku. Znaleźli wąwóz na poboczu drogi, wystarczająco głęboki na zamaskowanie samochodu, i czekali. Całą niedzielę przespali w cieniu skal; dopiero gdy zapadł zmierzch, zaczęli zbierać się do akcji.
- Jadą! - zameldował jeden z żołnierzy, który z lornetką przy oczach umieścił się na krawędzi wąwozu. - Widać 12 świateł w odległości około półtorej mili.
- Czekamy, aż przejedzie 11 ciężarówek i dopiero wtedy wjedziemy do kolumny. Między jedenastą i dwunastą ciężarówkę - poinformował Peniakoff.
- Może byłoby lepiej, sir, gdybyśmy doczepili się na koniec konwoju?
- Nie! - dowódca uciął dyskusję. - Kierowca ostatniej ciężarówki na pewno zauważyłby, że ktoś za nim jedzie. Jeżeli uda nam się wjechać w kolumnę, wówczas kierowca jedenastego samochodu będzie przekonany, że widzi w lusterku światła dwunastego, a ten z dwunastego uzna, że przed nim jedzie jedenasty. Ruszamy!
Zjechali ostrożnie po kamienistym podłożu w stronę zakrętu i zatrzymali się w miejscu, gdzie skalna ściana skrywała ich przed wzrokiem jadących w konwoju.
Przyciemnione światła niemieckich ciężarówek pojawiły się na zakręcie. Jechały w odległości około 130 metrów od siebie, co sprzyjało włączeniu się Brytyjczyków w kolumnę.
- Dziewięć... dziesięć... jedenaście! - liczył kierowca Sam Barret.
- Teraz! - krzyknął Peniakoff.
Kierowca trochę za gwałtownie dodał gazu i koła bedforda zaszurały na kamienistym podłożu.
- Oni nie używają tylnych świateł! Zgaś nasze! - jeden z żołnierzy jadących na skrzyni nachylił się do szoferki.
- Spokojnie, już to zrobiłem - odpowiedział Sam. Płynnie pokonał płytki rów oddzielający miejsce, w którym stali, od drogi i ruszył za znikającą w mroku ciężarówką. Dowódca się obejrzał. Po paru sekundach na zakręcie ukazały się światła ostatniej ciężarówki niemieckiej.
Komandosi ściskali w dłoniach thompsony, gotowi rozpocząć ogień na sygnał alarmu, ale nic nie zakłócało równego warkotu silników. Kolumna z mozołem pięła się stromym podjazdem. Niemcy się nie zorientowali, że między nich wcisnął się intruz.
Po kilku minutach napięcie opadło. Brytyjczycy odnieśli pierwszy sukces, ale prawdziwe niebezpieczeństwo było jeszcze przed nimi.
- Mamy około 40 minut do celu - Peniakoff zwrócił się do kierowcy. - Nie będziemy ryzykować wjazdu do bazy w kolumnie, gdyż któryś ze strażników mógłby doliczyć się, że wjeżdża 13 ciężarówek zamiast 12. Gdy zobaczymy światła lotniska, zatrzymaj się na środku drogi i udawaj, że samochód się zepsuł. Musimy zdobyć tę ciężarówkę, która jedzie za nami.
- Czy możecie dostrzec, ilu szkopów jest na tamtym samochodzie? - Peniakoff, wychylając się z szoferki, zadał pytanie żołnierzom siedzącym z tyłu.
- Chyba tylko dwóch, sir! - odpowiedział któryś. - Widać dwie sylwetki w kabinie, a na skrzyni mają jakiś ładunek. Tam chyba nie ma żołnierzy.
Po półgodzinnej jeździe zobaczyli w oddali blade światła Tobruku. Konwój zaczął zjeżdżać z niewielkiej pochyłości i znikł za zakrętem.
- Teraz! - krzyknął dowódca.
Kierowca nacisnął gwałtownie hamulec i skręcił w bok. Ciężarówka zatrzymała się, wzbijając tuman kurzu. Komandosi, przyczajeni w skrzyni, zeskoczyli i rozpierzchli się po bokach drogi. Przy samochodzie pozostał tylko Peniakoff, kierowca i Etienne Latour, Alzatczyk mówiący płynnie po niemiecku. On to wybiegł na drogę i zaczął nadawać znaki światłem latarki.
- Co jest?! - niemiecka ciężarówka zatrzymała się z piskiem hamulców.
- Wał chyba się rozpadł! - odkrzyknął Etienne. - Będziecie musieli nas holować!
Niemcy wyskoczyli z samochodu. Jeden badawczo patrzył na Etienne’a, ale Peniakoff starał się kierować światło latarki prosto w ich twarze, aby niewiele mogli dostrzec. Gdyby nie ten wybieg, mogliby zauważyć brytyjskie mundury.
- A ty kim jesteś? - Niemiec zaczął coś podejrzewać i sięgnął do kabury luźno wiszącej na pasku. Nie zdążył jednak wyjąć pistoletu, gdyż z boków drogi poderwały się cienie komandosów. Pierwszy dopadł Niemca, schwycił go od tyłu za brodę i wbił nóż w plecy. Drugi żołnierz niemiecki puścił się pędem w stronę samochodu, ale przebiegł zaledwie kilka kroków, gdy Sam Barret skoczył jak dziki kot i schwycił poniżej kolan. Upadli na ziemię.
- Jestem Ślązakiem! Nie zabijajcie mnie!
- Barret z nożem w ręku zawahał się. Spojrzał w stronę Peniakoffa.
- Zostaw go. Może nam się przydać. - Dowódca podszedł bliżej. - Wrzućcie go na ciężarówkę i ruszamy. Do wozu! - rozkazał, gdy odciągnięto na bok zwłoki. Spojrzał na zegarek. Akcja trwała zaledwie pół minuty.
Przy bedfordzie pozostało trzech żołnierzy, którzy mieli osłaniać odwrót komandosów z bazy. Peniakoff i siedmiu żołnierzy w niemieckiej ciężarówce pełnym gazem ruszyli za oddalającym się konwojem. Szybko udało im się nadrobić opóźnienie i po kilku minutach, gdy ciężarówki zbliżały się do bramy lotniska, samochód z komandosami ustawił się za nimi w przepisowej odległości. Bez kłopotów minęli pierwszy posterunek. Okazało się, że Peniakoff miał rację, nie chcąc ryzykować wjazdu trzynastej ciężarówki. Wartownik dokładnie policzył samochody i badawczo przyglądał się każdemu mijającemu jego budkę. W oddali migotało światełko drugiej strażnicy.
- Jones, skacz! - Peniakoff wychylił się z szoferki. Po chwili cień oderwał się od samochodu i tylko stuk kolby, która zawadziła o część ciężarówki, świadczył, że komandos zeskoczył na ziemię.
- Następni! - Czterech komandosów zeskoczyło w pełnym biegu tuż przed linią zasieków.
Wartownik przy drugiej bramie powiódł światłem latarki po burcie ciężarówki i machnął ręką, dając znak, by jechali dalej. Skierowali się w stronę blaszanych baraków.
- Nie dojeżdżaj tam. Zatrzymaj się w najciemniejszym miejscu - powiedział kapitan do kierowcy, gdy oddalili się na bezpieczną odległość od strażnika.
Zjechali na bok i zgasili światła. Czekali. Było cicho. Oznaczało to, że pięciu komandosów, którzy zeskoczyli z samochodu przed drugą linią zasieków, zdołało już niepostrzeżenie przedostać się przez druty kolczaste i - zgodnie z ustalonym planem - posuwali się na zachód lotniska. Mieli przyczepić ładunki wybuchowe do samolotów stojących na obrzeżu. Peniakoff wraz z trzema żołnierzami postanowił dotrzeć do bombowców ustawionych we wschodniej części lotniska.
Czekali kilkadziesiąt sekund, aby dać kolegom czas na dojście do wyznaczonego rejonu, i ruszyli w stronę wału z opon, beczek i piasku. Tuż za wałem było 9 samolotów. Równo ustawione trójkami, niemal stykały się skrzydłami. Dowódca i jeden z komandosów zsunęli się po wale i przemykając między skrzydłami, zaczęli przyczepiać magnetyczne ładunki do każdego z środkowych samolotów w trójkach.
- Teraz tam! - Peniakoff wskazał niewielki barak. Wyglądało na to, że trzymano w nim części zamienne do samolotów.
Dwaj komandosi, którzy pozostali na wale, aby osłaniać kolegów w razie pojawienia się niemieckiego patrolu, zaczęli zsuwać się po pochyłości. Nagle któryś zaczepił nogą o pustą metalową beczkę, która z łoskotem sturlala się w dół.
- Kto tam jest? - niemiecki żołnierz, który wyjrzał z blaszanego baraku, dostrzegł sylwetkę Brytyjczyka. - Alarm! - zaczął krzyczeć.
Trwało kilkanaście sekund, zanim dopadł go Peniakoff i zatopił nóż w jego karku. Ale było już za późno. Fala światła zalała lotnisko. Z okolicznych baraków zaczęli wybiegać lotnicy i strażnicy.
Peniakoff rozejrzał się dookoła. Nie dostrzegł żadnego ze swoich ludzi. Nie było czasu na poszukiwania. Wystrzelił z thompsona długą serię w kierunku nadbiegających żołnierzy i puścił się pędem w stronę drogi. Ścigający na chwilę zatrzymali się, w obawie przed następnymi strzałami, a Peniakoff przebiegł tymczasem drogę i skręcił w stronę zasieków. Domyślał się, że gdzieś w tym rejonie pierwsza grupa komandosów przeszła przez zasieki, a to była jego jedyna szansa. Musiał w biegu odnaleźć przecięte druty, aby tamtędy wydostać się na pustynię. W przeciwnym wypadku wpadłby w ręce pościgu lub zostałby zastrzelony. Przywarł na moment do ziemi i ciężko dysząc wyciągnął zza paska granat. Obejrzał się. Na tle nieba widział wyraźnie nadbiegających Niemców. Byli w odległości 20 może 30 metrów. Rzucił granat na oślep za siebie. Wybuch rozjaśnił okolicę i w tym błysku Peniakoff dostrzegł poszarpane druty. Nie był pewien, czy rzeczywiście znajduje się tam przejście, czy też światło wybuchu wydobyło z mroku jakiś przedmiot , który rzucił cień na druty, sprawiając wrażenie, że w tym miejscu istnieje wyrwa. Nie miał jednak wyboru. Poderwał się i ruszył do ogrodzenia. Światło reflektora przesunęło się po zasiekach i wtedy uciekający zobaczył, że rzeczywiście w miejscu, do którego biegł, druty są rozcięte. Przesadził je jednym susem i pomknął na pustynię.
Odgłosy pogoni cichły. Niemcy bali się wybiec w ciemność. Jeszcze przez chwilę słyszał serie z broni maszynowej, ale i one po chwili umilkły. Peniakoff upadł na piasek i leżał tak przez kilka minut, aż myśl, że ścigający zbiorą posiłki i z psami wyruszą jego śladem, zmobilizowała go. Zerknął na fosforyzującą tarczę zegarka. Dochodziła 23.30. Według planu o tej godzinie ciężarówka miała wyruszyć w drogę powrotną, bez względu na to, kto zdoła do niej dotrzeć.
Rozejrzał się uważnie. Uznał, że znajduje się o kilkaset metrów na wschód od miejsca, gdzie został samochód. Gdyby chciał tam dojść drogą, zajęłoby to kilkanaście minut, a wówczas na pewno nie zdążyłby. Postanowił iść na przełaj. Potykając się w ciemnościach, zmierzał w stronę, w której powinien znajdować się bedford. Nagle usłyszał cichy świst. Ktoś gwizdał angielską melodię. A jednak czekali...
- Jesteśmy tutaj - usłyszał po chwili. Światełko zapalniczki zajaśniało jak gwiazda w ciemnościach.
Któryś z żołnierzy wyciągnął w stronę dowódcy manierkę z wódką. Łyknął duży haust.
- Trzech brakuje, sir! - zameldował jeden z komandosów. - Nie ma potrzeby szukać ich. Dzielnie walczyli. Widziałem. Zostali okrążeni i nie zdołali się wyrwać. To wszystko, sir.
Peniakoff, jeszcze dysząc ciężko, zobaczył, że za kierownicą siedzi Connolly. Nie zapytał o Sama Barreta. Jeżeli ktoś inny usiadł w szoferce, oznaczało to, że Sam zginął.
Samochód wolno wytoczył się z rozpadliny. Jechali w milczeniu; nikt nie miał ochoty na rozmowę. Oni wyrwali się śmierci, ale dopadła trzech kolegów.
- Zatrzymaj się! - powiedział cicho Peniakoff. - Dużo zapłaciliśmy za bilety na to przedstawienie. Musimy obejrzeć je do końca.
Wyłączyli silnik. Czekali. Po kilku minutach horyzont rozświetlił błysk.
- To Jones - powiedział któryś z żołnierzy. - To on założył pierwszy ładunek.
Tuż potem rozległy się następne wybuchy. Niebo nad Tobrukiem zajaśniało ponurą łuną. W ciągu kilkunastu minut 20 samolotów stanęło w płomieniach. Wyleciał w powietrze skład amunicji, zbiornik benzyny i barak z częściami zapasowymi.
- Niemcy szybko odbudują to lotnisko - powiedział Peniakoff - ale my już wiemy, jak się tutaj dostać. Za 10-15 dni wrócimy. A teraz do domu, Connolly...
Do maja 1943 r. komandosi Peniakoffa atakowali Niemców i Włochów. Po kapitulacji wojsk “osi” w Afryce Północnej Prywatna Armia Popskiego wylądowała w Tarencie we Włoszech. Jej zadaniem była ocena sił Niemców i Peniakoff ze swymi ludźmi wykonał wszystko wzorowo, tyle że na swój sposób. Zebrał kilku włoskich oficerów i kazał im dzwonić po kolegach z pytaniem o liczebność niemieckich oddziałów. Po kilku godzinach miał niezbędne informacje.
Wkrótce Armia Popskiego rozrosła się i poruszała na 6 jeepach uzbrojonych w karabiny maszynowe. Tak jak na pustyni, komandosi jeździli obładowani kanistrami z benzyną, dzięki czemu mogli pokonywać dystans 1000 kilometrów bez tankowania.
Walczyli do chwili kapitulacji wojsk niemieckich we Włoszech, w końcu kwietnia 1945 r., ale ostatnie miesiące wojny okazały się tragiczne dla Peniakoffa. Gdzieś zniknęło jego niezwykłe dotąd szczęście i w czasie walki w północnych Włoszech pocisk urwał mu lewą rękę.
Peniakoff po kilku tygodniach spędzonych w szpitalu powrócił do oddziału i razem ze swoimi 118 komandosami dotarł do Austrii. Tam zakończył się szlak bojowy ostatniego komandosa II wojny światowej.
Autor: Bogusław Wołoszańsi Prawa autorskie © . Wszelkie Prawa Zastrzeżone.
Opublikowane: 2006-02-14 (252 odsłon)  [ Wróć ] Biblioteka index |